Z czego wynika choroba materializmu?

Skąd się bierze apetyt na przesyt? Z potrzeby zapewniania sobie dobrego samopoczucia, gonitwy za przyjemnością. I tu błędne koło się zamyka, ponieważ nadmiar zarówno przedmiotów, jak i doznań czy możliwości w dłuższej perspektywie stresuje i nie zapewnia szczęścia. Dopóki nie zrobimy porządku ze swoimi emocjami, będziemy zależni od materii.

Skąd się bierze apetyt na przesyt? Z potrzeby zapewniania sobie dobrego samopoczucia, gonitwy za przyjemnością. I tu błędne koło się zamyka, ponieważ nadmiar zarówno przedmiotów, jak i doznań czy możliwości w dłuższej perspektywie stresuje i nie zapewnia szczęścia. Dopóki nie zrobimy porządku ze swoimi emocjami, będziemy zależni od materii.

Na półkach w każdym supermarkecie jest kilkanaście albo i więcej rodzajów oliwy, majonezu, czekolady, jogurtów. Piętrzą się stosy warzyw i owoców, o których wiadomo, że się zmarnują. Już to widać, bo nie wszystkie są najświeższe. W ladach chłodniczych w działach mięsnych widzimy do koloru i wyboru uda, wątroby, piersi oraz inne części ciała zwierząt. Przynosimy to wszystko do domu, żeby jeść za dużo, za tłusto, za słono, za słodko. Jednym z następstw konsumpcjonizmu jest epidemia nadwagi i związanej z nią choroby cywilizacyjnej – cukrzycy typu 2 z wszelkimi powikłaniami, najczęściej sercowymi. Kiedy niezdrowo się odżywiamy i żyjemy w długotrwałym stresie, aktywują się procesy zapalne prowadzące do nowotworów, a na poziomie psychiki nasilają się stany lękowe oraz depresja. Nadmiar obfitości nie ma nic wspólnego z płodnością czy rozwojem, raczej z unicestwianiem. Tak funkcjonujemy, będąc częścią materialistycznych społeczeństw. Przyczyna tkwi na indywidualnym poziomie jednostek i związana jest z odczuwaniem.

galeria handlowa

Pieniądze szczęścia nie dają, zakupy też nie

Za chorobą materializmu – według francuskiego psychiatry Christophe Andre – stoi nasza nieumiejętność świadomego i dojrzałego obchodzenia się ze swoimi emocjami. Badania wykazują, że kompulsywnym zakupom w jednej trzeciej przypadków ulegamy, żeby pozbyć się negatywnych nastrojów. Zakupami łagodzimy smutek, koimy lęk, podbudowujemy poczucie własnej wartości, skrywamy poczucie wstydu. Co ciekawe, niepostrzeżenie sięgamy do portfela również w przypływach dobrego humoru czy euforii. W pierwszym przypadku chcemy pozbyć się niewygodnych odczuć, w drugim sprawić, żeby te, które dają nam przyjemność, potęgowały się i trwały dłużej. Sami nad nimi nie panujemy. Stosujemy konsumpcję jako środek leczniczy, ale tak naprawdę to lekarstwo nam szkodzi. Dowodem jest fakt, że większość kompulsywnych nabywców przeszła przynajmniej jeden epizod depresji lub zmaga się z zaburzeniami lękowymi. I nie jest istotne, czy wypełniamy koszyk w supermarkecie, czy robimy zakupy w lokalnym sklepiku z ekologiczną żywnością. Oddajemy się materii czymkolwiek ona jest – bluzą z organicznej bawełny. Chodzi o motywację i ukryte mechanizmy, nakłaniające nas do nadszarpywania karty kredytowej.

Nieokiełznany materializm jest jednym z największych zagrożeń dobrego samopoczucia psychicznego. Jego wartościami są posiadanie, władza i status społeczny. Materialista większą wagę przykłada się do „mieć” niż „być”, wybiera „robić” a nie „żyć”. Skąd takie wybory? Konsumpcja jest sposobem, służącym do obniżania napięć psychicznych. Materializm zaspokaja ludzkie potrzeby, ale też nieustannie generuje i mnoży nowe, stymulując popyt. Wpływ tych potężnych mechanizmów jest dyskretny, bo stopniowy, ale namacalny. Cierpimy na syndrom przesytu. Jesteśmy przesyceni jedzeniem, przytłoczeni przedmiotami, zaabsorbowani materią i coraz bardziej tym zmęczeni.

Powinniśmy sobie uświadomić – pisze Andre – że obfitość działa na nas ogłupiająco – ogranicza jasność umysłu, upośledza zdolności intelektualne. Kanalizuje naszą energię w kierunku tego, co zbędne i jałowe. Nadmiar nie tylko rzeczy, ale i możliwości czy zajęć, a także bodźców rozprasza nas i kradnie uwagę. Nieustannie dekoncentrują i męczą nas dzwoniące telefony, reklamy na billboardach, konieczność skorzystania z wyprzedaży. Żyjemy w ciągłym pobudzeniu i nawet nie zauważamy, że czujemy się coraz gorzej. Badania pokazują, że wyznawanie wartości materialistycznych pogarsza jakość życia osobistego i osłabia poczucie szczęścia.

wodospad

Co za dużo, to niezdrowo

Materialistami stajemy się, gdy znajdujemy się w niepewnej sytuacji i konsumpcjonizmem zażegujemy swoje niepokoje. Sięgamy po więcej i więcej, żeby czuć się bezpieczniej. Przyczyną materializmu jest zatem lęk. Chcemy jeszcze, żeby się nie bać i lądujemy w pułapce, bo duży wybór oznacza większy stres. Lęk się nasila. Zauważyliście, że wybór jednego dżemu z szesnastu to jednak pewien wysiłek? Ważna decyzja do podjęcia. Analizujemy skład, cenę, markę a nawet czasem kształt słoika. Chcemy wybrać jak najbardziej ekonomicznie, a przy tym zdrowo oraz pysznie i jeszcze nie dać się nabrać. Nieustannie staramy się, żeby sprawić sobie przyjemność. Kawą i ciastkiem, samochodem, nowym dywanikiem czy maseczką z różowej glinki. Kombinujemy, jak tu siebie zadowolić. W dłuższej perspektywie zabiegi te kończą się frustracją, zawiedzionymi nadziejami. Do przedmiotów lgniemy nie tylko rękami, ale także umysłem. Choroba materializmu w ostatecznym rozrachunku upośledza regulowanie nastrojów, ponieważ remedium szukamy na zewnątrz, tracąc ze sobą kontakt. Przestajemy się znać, nie wiemy co czujemy. Naukowcy udowodnili, że im więcej w nas ukrytego smutku, tym więcej kupujemy. Im bardziej jesteśmy rozproszeni nadmiarem, tym obniża się nasza zdolność do refleksji, zakłóceniu ulega poczucie tożsamości.

Tak jak plastik i pestycydy, które powoli kumulują się w naszych organizmach, tak konsumpcjonizm zanieczyszcza nasze dusze. Tracimy wewnętrzne poczucie wolności. Kobiety z plemienia Nawaho, gdy tkają koc, zostawiają na końcu malutką dziurkę, przez którą będą mogły wyciągnąć swoją duszę z robótki, żeby nie splotła się z wełną. My jesteśmy uzależnieni od przedmiotów, cierpimy przez nadmierną stymulację i boimy się nudy oraz pustki. Ale materializm tylko napędza nasze lęki. Dlatego ulegamy różnym metodom manipulacyjnym. Jedną z nich jest priming – odziaływanie na nas na bardzo elementarnym poziomie, które powszechnie wykorzystuje się w marketingu. Muzyka puszczana w sklepach czy zapach tam rozpylany, poprawiają nam nastrój, a chcemy mieć jeszcze lepszy, a zatem kupujemy. Napis „Akceptujemy karty kredytowe” podstępnie i skutecznie namawia do wrzucania większej ilości przedmiotów do koszyka, ponieważ sam wyraz „kredyt” sprawia wrażenie, że coś nam zostanie podarowane. Dlaczego więc nie skorzystać? Okazuje się, że więcej kupujemy w sklepach samoobsługowych, bo produkty wydają się nam łatwiej dostępne. Żeby nie wpadać w źródła primingu, należy rozwijać świadomość tego, co czujemy. Samemu panować nad własnym światem wewnętrznym a nie ulegać czarowi sentymentalnej muzyczki z supermarketu. Niestety, nadmiar, obłędna szybkość, piekielny zgiełk, skołatane nerwy oddzielają nas od uczuć.  

lodzie

Co robić? Upraszczać. Zacząć od posiadania mniejszej ilości przedmiotów i zastępować je doświadczeniami. Zamiast kupować dziecku zabawkę, wybierz się z nim na rowerową wycieczkę albo wybuduj wieżę z klocków, które już ma. Pójście na koncert z bliską osobą zapewni nam więcej przeżyć niż kupienie płyty. Spacer po lesie najprawdopodobniej bardziej nas do siebie zbliży, a na pewno bardziej dotleni i będzie łaskawszy dla stanu konta, niż seans w multikinie kuszącym zapachem kawy i popcornu. Czujność konsumpcyjną trzeba ćwiczyć, zadawać sobie pytania: „Czy naprawdę jest mi to potrzebne”, „Czy naprawdę mam ochotę na dokładkę jedzenia?”, „Czy naprawdę chcę tam wyjechać?”. Odpowiedź zwykle jest oczywista. Nie komplikujmy spraw. Kiedy doświadczamy uproszczonego życia, nasza uwaga zaczyna się kierować nie na wielość przedmiotów i doznań, a na sprawy zasadnicze. Christophe Andre zdradza, jaki jest jeden z najpotężniejszych czynników dobrego samopoczucia. To wrażenie, że dysponuje się odrobiną czasu, aby robić to, co się lubi, albo kompletnie nic nie robić.


Aleksandra Nowakowska